| |
| |
W końcu nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Lekkie opóźnienie i tuż po godzinie 19.00 opuszczamy Szczecin. Nasz Suzuki Samurai zapakowany po brzegi, mamy wszystko, co potrzeba, a przynajmniej tak nam się wydaje.
|
|
|
|
|
|
Podróż na miejsce zajmuje nam niecałe 3 godziny, w tym czasie mój pilot - Jasiu zdążył rozpracować prowiant piwny, zakupiony wcześniej na drogę. Od razu nasuwają się wspomnienia z naszego ostatniego wyjazdu na Kaszubie, gdzie czteropak piwa był stanowczo niewystarczający jak na 7-godzinną podróż. Całe szczęście, że tym razem jedziemy bez "Gazików", które chyba nie znoszą asfaltu, bo bez przerwy coś się w nich psuło, ale nie o tym mam pisać. Na miejsce docieramy ok. 22.00, ja załatwiam pokój, a Jasiu pilnuje, abyśmy nie poszli spać głodni. Godzinka przy piwku i kiełbasie, i już lądujemy w naszym apartamencie. Następnego ranka pobudka przed 8.00, oczywiście odprawa, jakieś śniadanie i po 10.00 opuszczamy bazę jako pierwsi z klasy ekstremalnej. Na pierwszą przeszkodę nie musieliśmy długo czekać, już na samym starcie lądujemy w dziurze pełnej błota; w ruch poszła wyciągarka. Ja, oczywiście - cały w nerwach, bo można powiedzieć, że po raz pierwszy ją używam. Jednak już po chwili stoimy na płaskim terenie, a u mnie "banan" na twarzy, bo moja hand made wyciągarka daje radę. W tym miejscu po raz pierwszy natrafiamy na rzeczkę, przez którą będziemy w trakcie całego rajdu przejeżdżać aż do znudzenia. Na lajtowym trawersie wyprzedzamy chłopaków z Poznania, bo w rzeczce trochę zamarudziliśmy i znowu jedziemy jako pierwsi. Wpadają kolejne pieczątki. Górki, trawersy, błotko i tak do znudzenia. Na jednym z podjazdów spoglądam niespokojnie na kontrolkę ciśnienia oleju, która jak na złość nie chce zgasnąć, ale po chwili gaśnie, a my toczymy się dalej.
Dojeżdżamy do następnej pieczątki, niby banał: błotny wjazd, pieczątka i wyjazd na winchu. Na moje nieszczęście, zjawia się ekipa patroli z Poznania, która stara się pomóc i tym sposobem na moją biedną Suzukę spada drzewo i pojawiają się pierwsze straty - zbita przednia szyba. No, ale jechać trzeba dalej. Chwilę później stoimy nad wąwozem i wyciągamy wszystkie taśmy, jakie mamy, a Jasiu opuszcza mnie w dół - przyznaję, że na początku trochę beczałem. Trochę po trapach, trochę na wyciągarce i już pieczątka. Następna pieczątka zaliczona. Jedziemy dalej, błoto, błoto i jeszcze więcej błota. W pewnym momencie skręcam w prawo, a tu się okazuje, że kółka są dalej jadą prosto; w tym miejscu po raz pierwszy wyginam drążek kierowniczy. Po 20 minutach i przeróżnych kombinacjach, drążek prawie wyprostowany i jedziemy dalej. W końcu dojeżdżamy do naszej rzeczki. Jesteśmy na tyle pewni siebie, że nawet nie sprawdzamy głębokości, co okazuje się bardzo dużym błędem. Suzuka po maskę w wodzie, a dalej - jeszcze głębiej. Wyciągamy trifora i ciągniemy się do tyłu. Ku naszemu zdziwieniu Suzuka ani drgnie. W końcu zapada decyzja, że opuszczamy pieczątkę i czekamy na ekipę z Poznania aż nas wyszarpnie kinetykiem. Więcej nie popełniamy już takiego błędu. 20 minut i już stoimy na twardym. Wsiadamy i jedziemy dalej jakieś 100 m, gdzie czeka nas kolejna przeprawa przez rzekę; tym razem idzie nam dużo sprawniej niż wcześniej. Po godzinie 14.00 docieramy do ruin starego młyna, patrzymy z góry - już nie będzie tak prosto, jak wcześniej. Czekamy na swoją kolejkę, pół godziny i po trapach docieramy do pieczątki. Uff... jakoś się udało. Przy samym wyjeździe lekko wessało nas błoto i trzeba się jakoś wyciągnąć. Odblokowuję bęben, a Jasiu ciągnie za linę, w pewnym momencie przestaje iść - coś się zacięło. Na początku myślałem, że to pasek od Jasiowej torby, który wkręcił się w linę, spowodował to zamieszanie, ale po chwili okazuje się, że to jest coś znacznie gorszego. Jedno włókno liny pękło i zaklinowało się w przelotce. Stoimy po uszy w błocie, więc prosimy dwóch Uazowców za nami o pomoc. Chwilę później kładę się pod samochód i rozpoczynam walkę z liną. Po odplątaniu jednego włókienka decyduję się na obcięcie najgorszego kawałka. Jako że przelotki mam o13, a linę o8, więc musi być to zrobione z chirurgiczną dokładnością. Wypróbowaliśmy chyba wszystko, czym mogliśmy przeciąć linę: kombinerki, piłkę do metalu, przecinak. Po godzinie lina przecięta, jednak okazuje się, że nie wejdzie w przelotkę. Pożyczamy siekierę i po raz drugi tniemy; tym razem wyszło całkiem nieźle. Po 2,5 godziny walki pakujemy się i jedziemy dalej. Żeby nie było zbyt kolorowo, po 5 minutach docieramy nad wąwóz długości ok. 300 m. Zaczyna się ściemniać, odpalamy czołówki i światła. Pojawia się jeden problem - nie ma się do czego podpiąć z liną. Jednak Jasiu swoim sokolim wzrokiem gdzieś w oddali wypatrzył drzewo, nie dość, że daleko, to jeszcze wysoko, ale jechać trzeba.
Ja - do samochodu, a Jasiu bierze pas, linę i do drzewa. Z ledwością udaje mu się dostać do tego drzewka, z daleka patrzę, jak co chwilę zsuwa się z powrotem w dół do wąwozu. W końcu sukces, wszystko podpięte i rozpoczyna się zwijanie prawie 70 m liny. Trzy takie przepięcia liny, 2 pieczątki i w końcu wyjechaliśmy. Nastała noc, spośród kibiców nie został już nikt, jesteśmy tylko my, a wokół nas nawet żaden silnik nie zawyje. W pewnym momencie Jasiu stwierdza, że nie mamy powietrza w prawym przednim kole, szybki telefon i już jedziemy do wulkanizacji. Pół godziny później jesteśmy na miejscu. Okazuje się, że Pan Tadziu akurat jest na imieninach u teściowej i że będzie nas to kosztować, ale cóż, nie mamy wyjścia. Kolejne pół godziny czekania i w końcu mamy sprawne kółko oraz 20 zł mniej w portfelu.
|
|
|
| |
|
|
|
|
Po drodze wpadamy jeszcze na chwilę do bazy, żeby załatwić garnek, bo oczywiście w ramach oszczędności masy żaden z nas nic takiego nie wziął. Udaje nam się trafić do miejsca, w którym zjechaliśmy z trasy i teraz już podążamy dalej wg roadbooka. W pewnym momencie Jasiu zauważa, że ominęliśmy jedną pieczątkę. Okazało się, że nie zauważyliśmy jej w ciemnościach i przejechaliśmy jakieś 5 m obok niej. Cofamy się, podbijamy pieczątkę i dalej w drogę. Chwilę później trafiamy do miejsca, którego nie da się opisać: Jasiu, próbując podczepić linę, dosłownie zapadał się po pas, mrucząc coś pod nosem, czego na szczęście nie słyszałem. Miejsce nie do opisania, samochód utopiony po maskę. 3 minuty i już jesteśmy na suchym. Jasiu wyraża pochwały dla wyciągarki, usuwamy zwały błota z maski i jedziemy dalej.
Około 1.00 w nocy docieramy do małej dolinki, w której znajdują się dwie pieczątki, zjazd w dół, podbijamy jedną, wyjazd do góry i znowu okazuje się, że nie mogę skręcić w prawo - szybka diagnoza i już szukamy pieńka, na którym można by wyprostować drążek. 20 minut i drążek jak nowy. To najlepsza pora na drugą pieczątkę. Przyjemny trawersik ze zjazdem w dół, troszkę błotka i wystających pieńków, nad którymi przelatuję, i już zapełniona kolejna kratka. Jasiu idzie na górę, a ja jadę dalej i szukam miejsca, żeby zawrócić. Na moje nieszczęście coś znalazłem i oczywiście - wpakowałem się. Zawisłem na pieńkach po ścince drzew. Przedni most wisi, kółka bezradnie grzebią resztki trawy, z tyłu - jak na złość - też nie wiadomo, skąd, pojawiło się drzewo. Hi lift i prawie 1,5 godziny walki, jestem na siebie zły jak nigdy; tyle czasu na taką pierdołę zmarnować. W końcu udaje się wyjechać i jedziemy dalej. Godzina 4.30 wjazd, wyciągarka, pieczątka, wyjazd.
Wygląda banalnie. W tym miejscu po raz czwarty spędzamy kolejne godziny na naprawę liny. Ja się nią zajmuję, Jasiu robi coś ciepłego do jedzenia. W końcu mi się udało, palce całe pocięte, ale lina gotowa. Wstaje nowy dzień, znużenie daje o sobie znać, w dodatku zaczyna padać, na szczęście tylko przez chwilę. Za nami słychać ryk silników, więc trzeba się zbierać, bo i tak dostatecznie dużo już czasu zmarnowaliśmy. Dzień okazał się dla nas wybawieniem, w końcu skończyły się błota!!! Wyciągarka idzie w odstawkę. Zdobywamy kolejne pieczątki, podziwiając otaczającą nas przyrodę, czujemy się, jak byśmy byli w górach, taki się zrobił teren. Jednak jak wiadomo - to, co dobre, nie trwa długo, i po jakimś czasie znowu musimy ładować się w błotko. Jasiu idzie wybadać teren, okazuje się, że jest tam tylko jedna pieczątka, za to ciągnięcia się jest na godzinę. Decydujemy się na ominięcie bokiem, co przy stanie naszej liny okazuje się dobrym wyborem, ale to okazało się dopiero za chwilę. Objazd prowadził stromym podjazdem w górę między ciasno ustawionymi drzewami (jakby nie mogły rosnąć szerzej). W połowie górki mój dzielny pilot dostrzega, że lina znowu zaczyna się odplatać i nie ma wyjścia, trzeba kolejne włókienko odpleść. Tak więc wysiadam z samochodu wiszącego na coraz cieńszej linie i zabieram się za odplątywanie 20 m drucika. Jako że nie robię tego po raz pierwszy, idzie to całkiem sprawnie, więc już po 10 minutach zasiadam za sterami Suzy i ciągniemy się na szczyt. Trzeba było jeszcze przejechać przez pole minowe pieńków po ścince drzew schowanych w trawie i jesteśmy z powrotem na trasie. Zaczyna robić się coraz mniej czasu, wiec lecimy tak szybko, jak tylko możemy. W pewnym momencie hamuję, a tu niespodzianka - Suza jedzie dalej.
To już stanie się chyba jakimś rytuałem, że na każdej imprezie gubię klocki hamulcowe; tym razem to przednie klocki wybrały wolność. Czasu ubywa z każdą chwilą, więc jedziemy dalej bez przednich klocków. Jest 13.00, zostały 2 godziny do zdania kart. Suza, która ciągnęła się wcześniej za nami, gdzieś znika i znowu jedziemy sami. Z roadbooka Jasiu wyczytał, że zostały nam 3 pieczątki i później daleko, daleko nic. Jedną robimy na trapach, drugą - wciskając się między drzewa, omijamy błoto, a z trzeciej już rezygnujemy. To była nasza ostatnia pieczątka na tej imprezie. Tak, tylko jak tu teraz wrócić do bazy? Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, wokół tylko las. Na szczęście spotykamy 2 patrole, za którymi dojeżdżamy do bazy. Godzinę wcześniej, zmęczeni, przemoczeni, głodni, ale zadowoleni. Na miejscu jedzenie, wyniki i pakujemy się, bo trzeba wracać do rzeczywistości. Do Szczecina jedziemy cztery godziny, walcząc z falami przychodzącego zmęczenia. Mijamy tabliczkę "Szczecin" i już wiemy, że jesteśmy w domu.
Nasza załoga w składzie: Łukasz Kisielnicki/Tomasz Jaśkiewicz zajęła 6. miejsce na 32 załogi, co jak na pierwszy mój udział w tej klasie nie wydaje się być najgorszym wynikiem. Wiele załóg nie dojechało, podobno strat w sprzęcie była niezliczona ilość, ale nam na szczęście się udało "cało" dojechać do bazy. |
|
|
|
|
|
| |
|
|